NaturalnaMedycyna

Non omnis moriar

"Nie boję się śmierci.
Nie chcę tylko być obecny,
kiedy ona przyjdzie."

          Woody Allen

Żal, płacz i rozpacz bliskich. Lęk, protest, walka i zniechęcenie umierającego. Żałoba i życie wieczne. Pamięć i dziedzictwo. Tęsknota i modlitwa o spokój duszy. To najważniejsze skojarzenia jakie wywołuje w nas śmierć.

 

Lęk okiełznany.

To, że boimy się śmierci, wydaje się oczywistym, naturalnym i... mało ważnym. Większość z nas nie zaprząta sobie głowy własnym umieraniem, ulokowanym przecież gdzieś w odległej, nieprzewidywalnej przyszłości. Codzienne życie ze swoimi drobnymi i wielkimi sprawami absorbuje nas na tyle, że myśl o własnej skończoności nie znajduje dla siebie miejsca. To ważny i cenny mechanizm, pozwalający działać, rozwijać się, kochać, zmagać się z trudami życia i korzystać z jego uroków.

 

Zdarzają się jednak chwile, kiedy ten lęk daje o sobie znać i to z siłą tak zaskakującą i destrukcyjną zarazem, że warto podjąć trudną i poważną refleksję nad jego istotą.

 

Te chwile to oczywiście ciężkie, zagrażające życiu choroby, pojawiające się oznaki starzenia, ale także śmierci, których jesteśmy świadkami. Zdarzają się one też większości z nas przy okazji straty osób bliskich i kochanych, przy okazji świąt i uroczystości, gdzie nieobecność tych osób w sposób szczególny zauważamy, a także kiedy odwiedzamy ich groby z okazji Święta Wszystkich Świętych (zwanego potocznie Świętem Zmarłych). Uzmysławiamy sobie w takich chwilach, że umieranie dotyczy także nas samych, że myśl o śmierci wywołuje w nas lęk i że codziennym sposobem aby nam nie towarzyszył jest całkowite jego wyparcie.

 

Większość z nas już jako małe dzieci dowiaduje się o istnieniu śmierci. Niekiedy "okazją" jest śmierć ukochanego zwierzątka, czasem kogoś z najbliższego otoczenia. Demonstrowane reakcje emocjonalne dzieci są w obu przypadkach podobne, choć emocjonalne konsekwencje utraty np. jednego z rodziców są rzecz jasna nieporównywalne. Dzieci, zwłaszcza małe, dość łatwo zastępują sobie utraconego pieska czy kotka nowym, do którego prędzej lub później przywiązują się równie mocno, jak do jego zmarłego poprzednika. Te, którym nieszczęśliwie zdarzyło się stracić rodziców lub jednego z nich doświadczają przedwcześnie ostateczności i nieodwracalności śmierci. W późniejszym wieku młodzież w okresie dorastania, ze szczególnym dla tego wieku poczuciem omnipotencji, podejmuje liczne niebezpieczne zachowania czy ogląda przerażające filmy co traktować można jako "oswajanie" śmierci uwalniające przed dojmującym uczuciem lęku, jako irracjonalne ale ważne emocjonalnie zaprzeczenie jakoby dotyczyła ona też mnie osobiście.

 

W życiu dorosłym myśl o śmierci pojawia się rzadko i jako racjonalna wiedza wydaje się powszechna, oczywista i nie mająca większego znaczenia. Emocje, które może wywoływać, są jednak tak potężne i przerażające, że najczęściej nie znajdują drogi do naszej sprytnej świadomości.

 

To, co najczęściej czynimy, to pewien rodzaj wyparcia czy zaprzeczenia, jakoby ostateczny koniec istnienia nas nie dotyczył, choć pozostajemy świadomi, iż dotyczy całego świata istot żywych. Walka o przetrwanie, o ratowanie własnego życia, o pewien rodzaj nieśmiertelności, przynajmniej tej na tu i teraz jest właściwa nie tylko ludziom. Jak powiedział Spinoza, "wszystko, co żyje, usilnie stara się podtrzymać swoje istnienie". Niezwykłe wrażenie robi widok walczącego o życie zwierzęcia napadniętego przez drapieżnika, a nawet pozostawione na zimę w mrocznej piwnicy ziemniaki wypuszczają z czasem białe długie pędy kierujące się do nikłego sączącego się przez okienko światła - źródła ich życia i możliwości rozwoju. Ten wszechobecny w przyrodzie instynkt życia, każe też nam ludziom traktować zagrożenie śmiercią jako niezwykle silny bodziec do działania i nieprawdopodobnej w każdych innych warunkach mobilizacji. Człowiek, mający możliwości racjonalnej analizy rzeczywistości i świadomego przeżywania uczuć reaguje na to zagrożenie nie tylko instynktownie.

 

W moim ulubionym filmie Boba Fosse - "Cały ten zgiełk" ukazane jest przejmujące zmaganie się z zagrożeniem życia przez dotkniętego ciężką chorobą głównego bohatera. Przechodzi on przez cztery fazy radzenia sobie z okrutną świadomością nadchodzącej śmierci. Pierwszą jest zaprzeczenie - "nie, to nie ja" zdaje się mówić bohater. Jak wielu ludzi próbuje nie dopuścić do siebie prawdy o kruchości i skończoności własnego istnienia. Druga faza to walka - może najbardziej instynktowna, mobilizująca i pozwalająca na chwilę choć zapomnieć, nie myśleć o śmierci. W naszej kulturze jest to też faza silnie wspierana przez najbliższe otoczenie społeczne. Trzecią fazą jest targowanie się. "To może tylko skończę spektakl nad którym pracuję" - próbuje targować bohater - "no dobrze może zrezygnuję z alkoholu i nieco ograniczę palenie". Wielu z nas w kryzysowych momentach skłonnych jest wyrzec się części swoich przyzwyczajeń, próbuje żyć "zdrowiej". To słuszne i przeważnie rozsądne działanie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w nie do końca świadomym przekonaniu, człowiek wierzy, iż w ten sposób ratuje się od śmierci. Całkowicie jakby wypiera fakt, że w istocie tylko ją przecież odwleka. Czwarta fazą jest pogodzenie. To bodaj jedyny w życiu moment pełnego, świadomego przeżywania najtrudniejszego egzystencjalnego bólu - "nie jestem nieśmiertelny". To dramatyczne przeżycie niekiedy, jak się powszechnie uważa, przyspiesza samą śmierć. To prawdopodobnie racja. Świadomość nieuchronności umierania może być w pewnym stopniu niszcząca, może też jednak w taki sposób przewartościować nasze życie, że staje się ona równocześnie ulgą i zbawieniem.

 

We wspomnianym przeze mnie filmie, wielkim nie tylko filozoficznie, ale też artystycznie, bohater toczy niezwykłe rozmowy ze śmiercią spersofinikowaną w postaci pięknej, tajemniczej i chłodnej kobiety w bieli. Jest to przewrotny nieco symbol ważnej metody jaką ludzie od początków swojej cywilizacji próbują okiełznać lęk przed umieraniem. Duchy śmierci, monstra i potwory, które przychodzą po umierających towarzyszą nam od pradziejów. W kulturze chrześcijańskiej, przynajmniej od czasów średniowiecza, najpowszechniej występuje w tej roli "kostucha" - postać o trupiej czaszce i z kosą w ręku. Po co nam te straszydła ? Ano po to, że wszystkie one symbolizują nasze własne umieranie, ale skoro są widoczne, konkretne, "fizyczne" niemal to można z nimi walczyć, można chociaż uciec. Można też liczyć, że tym razem to pomyłka - "to nie po mnie przyszła, być może po kogoś innego". I znów przychodzi mi na myśl scena filmowa, jedna z najsłynniejszych w historii kina - scena, w której bohater "Siódmej Pieczęci" Bergmana gra ze śmiercią na plaży w szachy.

 

Trudno było by nie wspomnieć o najskuteczniejszej i najbardziej powszechnej metodzie jaką od pradziejów ludzie bronią się przed najsilniejszym możliwym lękiem. Są nią mity i wierzenia, a dokładnie wiara w nieśmiertelność duszy. We wszystkich znanych cywilizacjach ludzkich systemy wierzeń obejmują, poza bogami, bożkami i duchami "nieludzkimi" również duszę ludzką. Kontakt z duchami przodków do dziś ważny jest w niektórych systemach religijnych. Kontakt taki poza ważnymi funkcjami regulatora życia społecznego i strażnika norm ma jeszcze jedną funkcję. Na głęboko nieświadomym poziomie pozostawia w wyznawcach przekonanie, że i oni będą kiedyś "duchami przodków". A więc śmierć nie oznacza nieistnienia. Współczesne systemy religijne, z najpotężniejszymi religiami monoteistycznymi na czele, też opierają się na nieśmiertelności duszy. Powszechne więc wśród ludzi wszystkich religii przekonanie o wieczności duszy pozwala radzić sobie z lękiem przed śmiercią i godzić się na nią jako na przejście do "innego życia".

 

Pozostaje jednak obawa i niepewność. W religii chrześcijańskiej to niepewność "co mnie czeka, czy żyłem dość dobrze by trafić do nieba". Dla buddystów wierzących w reinkarnację ta niepewność dotyczy postaci w jakiej narodzi się moja dusza ponownie i jaką karmę będzie musiała spłacać w swoim ziemskim życiu. W ten sposób dając znaczącą ulgę człowiekowi w przeżywaniu lęku przez śmiercią wszystkie religie pokazują mu drogę, po której powinien stąpać. "Wykorzystują" niejako lęk przed śmiercią, bądź może pomagają człowiekowi go wykorzystać do przestrzegania zasad swojej religii. Oznacza to przecież w praktyce mechanizm strzegący najważniejszych norm społecznych w danej kulturze.

Ból opuszczonych.

Pewna moja znajoma - żarliwa katoliczka - po powrocie z pogrzebu podzieliła się ze mną refleksją. - "Skoro pochowaliśmy doczesne ciało porządnego człowieka i chrześcijanina, to skąd tyle łez i rozpaczy u bliskich i znajomych zmarłego. Został powołany przez Boga i jak mniemamy trafi do nieba." Ano właśnie. Nie nad losem zmarłego płaczemy na pogrzebach. Wyrażamy własny ból i rozpacz po stracie. Żegnając najbliższe osoby uświadamiamy sobie, że wszystko to, co znaczyły w naszym życiu, co do niego wnosiły straciliśmy na zawsze. To pożegnanie bliskości i czułości, opieki i przyjaźni, wsparcia, wreszcie zwykłej fizycznej obecności w naszym domu kokoś, kto był z nami przez wiele, wiele lat, a nawet przez całe nasze życie. Dla rodziny jest to też często utrata kogoś ważnego z punktu widzenia jej bezpieczeństwa ekonomicznego.

 

Z psychologicznego punktu widzenia niezwykle ważne jest, czy śmierć bliskiej osoby była nagła i zaskakująca, czy byliśmy może na nią przygotowani w wyniku przewlekłej ciężkiej choroby. Ważne, czy jeśli nie była nagła zdążyliśmy się ze zmarłym pożegnać przed śmiercią. Jeśli nie - grozi nam poczucie winy, lub krzywdy - nigdy nie wypowiedziane i nienaprawialne. Uczucia takie, z którymi ludzie pozostają po stracie rodziców, współmałżonka, dziecka stają się nierzadko przedmiotem psychoterapii. Dzieje się tak dlatego. że siła tych uczuć, nawet jeśli powstawały i były świadomie przeżywane za życia zmarłego, po jego śmierci ulega spotęgowaniu, a brak możliwości kontaktu z ich „adresatem” czyni je bardziej dramatycznymi, niekiedy niezwykle paraliżującymi i destrukcyjnymi. Znaczna część takich uczuć, zwłaszcza silnych i latami nie wypowiadanych wypierana jest do naszej podświadomości. Dają znać o sobie pod postacią symptomów, które mogą być tylko uczuciem niepokoju, przygnębienia, czy utratą życiowej energii, ale mogą tez ujawniać jako zaburzenia psychosomatyczne, nerwicowe a nawet psychotyczne. Przedmiotem psychoterapii staje się wtedy odkrycie prawdziwych źródeł tych symptomów. Jedną z wykorzystywanych w psychoterapii technik jest zalecenie napisania listu do zmarłej osoby uwalniającego od tych uczuć. Niektórzy terapeuci proszą nawet swoich pacjentów, aby odwiedzili grób zmarłego i tam samotnie odczytali taki list. To niezwykle trudne i silne przeżycie dla autora, ale też bardzo ważne i najczęściej pomocne w uwolnieniu się od destrukcyjnej siły stłumionych uczuć.

 

Ważnym mechanizmem łagodzącym ból po stracie jest rytuał pogrzebowy i żałoba. Różne kultury, religie i narody mają w tym zakresie różne normy, ale zawsze ich celem jest pomoc bliskim zmarłego poradzenie sobie, w akceptowany społecznie sposób, z bólem, rozpaczą i poczuciem osamotnienia. W wielu kulturach równie ważna jest w tych rytuałach pomoc zmarłemu w przejściu do innego świata.

 

W większości z nich oczekiwania co do zachowań kobiet i mężczyzn w czasie pogrzebu i żałoby są znacząco różne. Najczęściej to kobiety zajmują się ciałem zmarłego, im również daje się większe przyzwolenie do spontanicznego, nieskrępowanego okazywania bólu i rozpaczy. Jeszcze w XX wieku w Indiach oczekiwano od wdowy, że rzuci nie na stos pogrzebowy swojego męża. W rodzinach chińskich (choć prawdopodobnie rzadziej u mieszkających w komunistycznych Chinach), kultywujących tradycje duchowe konfucjonizmu, buddyzmu i taoizmu obecna jest tradycja modlitwy przed portretami przodków i wiara, że "odpowiednio" uszanowani strzegą oni bezpieczeństwa i pomyślności rodziny.

 

Współczesny świat wysoko rozwiniętych krajów kultury euroamerykańskiej zatracił wiele z tradycji życia duchowego, również w "obchodzeniu się" ze śmiercią. Przemysł pogrzebowy przejął w znacznym stopniu od rodziny zadania związane z opieka nad ciałem zmarłego i organizacją pochówku. To bardzo "praktyczne i ułatwiające życie" rozwiązanie ma swoje niewątpliwie negatywne skutki dla emocjonalnej strony pożegnania ze zmarłym, oraz możliwości korzystania ze wsparcia przez najbliższych zmarłemu, ze strony dalszych krewnych.

 

W krajach o chrześcijańskich korzeniach różnice w obyczajach pogrzebowych i żałobnych są również znaczne. W niektórych krajach południowej Europy, zwłaszcza na wsiach, do dzisiaj kobiety noszą oznaki żałoby po mężu do końca swojego życia. W krajach anglosaskich, a głównie skandynawskich pogrzeb współczesny odbywa się w sposób niezwykle sformalizowany i możliwie najmniej kłopotliwy, a nieobecność na nim krewnych, zwłaszcza mieszkających daleko jest całkowicie tolerowana. Mimo to sama uroczystość żałobna ma swój wymiar duchowy i odbywa się w kościele. W zlaicyzowanej Szwecji powiadają nawet, ze Szwed dwa razy w życiu jest w kościele: gdy jest chrzczony i na własnym pogrzebie. Odmiennie rzecz ma się w katolickiej Irlandii. Obecność na pogrzebie jest obowiązkiem rodziny, a nawet dalszych krewnych i przyjaciół. Kultywowany jest zwyczaj czuwania przy zwłokach. Czuwanie, a szczególnie następująca po pogrzebie stypa jest okazją do wielkiego spotkania rodzinnego przy suto zastawionych stołach. Irlandczycy dbają jednak aby ani czuwanie przy zwłokach, ani tym bardziej stypa nie były zbyt smutne i przygnębiające. Może to podawany przy tej okazji alkohol, a może również potrzeba wsparcia i „podtrzymania na duchu” najbliższych zmarłemu powodują, że uroczystości te przybierają postać wesołej zabawy w gronie rodziny. Irlandczycy dbają o to aby przebieg czuwania i stypy gwarantował, że sam zmarły dobrze by się na nich bawił. Jest nawet stare irlandzkie powiedzenie: „Zaśpiewaj piosenkę w czasie czuwania i uroń łzę kiedy rodzi się dziecko”.

Do pewnego stopnia tradycyjne polskie obyczaje pogrzebowe i żałobne są zbliżone do irlandzkich.

Najważniejsza różnica dotyczy czuwania. W Polsce nigdy nie było ono wesołe, czy nawet pogodne.

W czuwaniu uczestniczą przeważnie kobiety z sąsiedztwa zmarłego (głównie starsze) i w żałobnych strojach modlą się wraz z rodziną i śpiewają religijne pieśni żałobne. Stypa jest natomiast niemal tak samo wesoła i suto zakrapiana alkoholem. Obyczaje te przetrwały raczej na wsiach, a w miastach, ze względu na rzadkość umierania w domu i rozwinięty przemysł pogrzebowy, czuwanie przy zwłokach sprowadziło się do godziny przed pogrzebem w specjalnym domu pogrzebowym, a stypa do krótkiego spotkania w gronie najbliższej rodziny w domu zmarłego, lub coraz częściej restauracji. Nie zmienia to mimo to zasadniczej funkcji tych uroczystości - wsparcia dla najbliższych zmarłemu i pomocy im w przezywaniu bólu, rozpaczy jak również zminimalizowanie poczucia osamotnienia.

 

Kiedy przywołuję irlandzkie i polskie sposoby łagodzenia smutku i rozpaczy wspomnieć muszę też o niezwykłym prawosławnym cmentarzu w miejscowości Sapanta w rumuńskich Karpatach. Wszystkie krzyże na grobach są drewniane, malowane jaskrawymi wesołymi kolorami i zaopatrzone w tabliczki, na których przedstawiony jest zmarły przy pracy jaką wykonywał za życia. Co ciekawe na grobach tragicznie zmarłych, jest jeszcze druga tabliczka przedstawiająca scenę śmierci. W przepiękny, artystyczny sposób odbiera to śmierci część jej dramatyzmu i na nieświadomym niewątpliwie poziomie czyni zmarłego weselszym, a jego brak w życiu rodziny łatwiejszy do zniesienia.


Andrzej Ochremiak

 

fot. Andrzej Ochremiak

Czytelnia: