NaturalnaMedycyna

Cudowne leki czy niebezpieczne trucizny

18 listopada ogłoszono międzynarodowym dniem wiedzy o antybiotykach. Powodem stał się obserwowany wzrost lekooporności bakterii na powszechnie stosowane antybiotyki. Gremia medyczne biją na alarm, że jeśli nie ograniczymy tego zjawiska, to niedługo trudno będzie pomóc chorym w stanach, kiedy zakażenia bakteryjne są zagrożeniem dla życia. Tym bardziej, że tworzenie nowych mutacji leków przeciwbakteryjnych nie jest łatwe i, co gorsza, coraz mniej skuteczne. Oporność na antybiotyki wiąże się z nieracjonalną antybiotykoterapią oraz zbyt dużym zużyciem tych leków w przemyśle spożywczym.

Wielokrotnie słyszymy, od osób zupełnie niezwiązanych z medycyną, że muszą pójść do lekarza po receptę na antybiotyk, ponieważ mimo stosowania paracetamolu albo polopiryny infekcja nie przechodzi. Wiara w uzdrawiającą moc antybiotyków ma swoje uzasadnienie. Kiedy rozpoczęto stosowanie penicyliny G odkrytej przez Fleminga w 1928 roku, obserwowano spektakularnie uzdrawiające efekty. Przypomnijmy, że po raz pierwszy podano ten antybiotyk pacjentowi cierpiącemu na nieuleczalną dotąd sepsę (posocznicę) w roku 1941. Wydawało się wówczas, że epoka nieuleczalnych chorób infekcyjnych właśnie się zakończyła. Drobnoustroje jednak nie dały za wygraną i rozpoczęły „walkę” z lekami, poprzez nabywanie, tzw. mechanizmów oporności. Dzięki nim bakterie mogą swobodnie namnażać się w swoim środowisku nawet wtedy, kiedy antybiotyk jest w nim obecny.

W przypadku penicyliny G niespełna rok wystarczył do tego, aby pojawiły się pierwsze szczepy oporne (1942 r.). Zjawisko to zmusiło człowieka do poszukiwania coraz to nowszych leków przeciwbakteryjnych. Jednak rywalizacja mikroorganizmów z człowiekiem trwa nadal i w niektórych przypadkach bakterie wydają się górować nad nami.

W okresie powojennym, kiedy w naszym kraju zaczęto stosować leki przeciwbakteryjne działały one niezwykle skutecznie, chociaż ich dawki były znacznie niższe niż dzisiaj. Zapominamy jednak, że wówczas lekarz nie przepisywał antybiotyków na „ból gardła, czy „kaszel”. Stosowano je wyłącznie w uzasadnionych przypadkach zakażeń bakteryjnych. Tymczasem obecnie lekarze stosują je wielokrotnie bez uzasadnienia, w każdej przedłużającej się infekcji, niezależnie od tego, czy jej przyczyną jest zakażenie bakteryjne czy wirusowe. Co więcej dzieje się to najczęściej za aprobatą lub wręcz na żądanie pacjenta. Skala tego zjawiska jest tak wielka, że antybiotyki w alarmujących ilościach są obecne w naszym środowisku, gdzie dostają się ze ściekami, następnie krążą w wodach podskórnych i docierają niemal wszędzie. Nic dziwnego, że bakterie nauczyły się przed nimi bronić.

Obecność szerokiej palety antybiotyków stała się powoli częścią naszego środowiska. Efektem tego zjawiska jest masowe pojawianie się drobnoustrojów wielolekoopornych, wykazujących niewrażliwość na wszystkie obecnie dostępne antybiotyki i chemioterapeutyki. Często jest też tak, że w bezpiecznych dla człowieka dawkach antybiotyk nie wpływa na ograniczenie przeżywalności bakterii. Dopiero podwyższenie dawek do niebezpiecznych dla człowieka poziomów daje efekt bakteriobójczy. Stąd wynika rekomendacja stopniowo rosnących dawek leków, ale też proporcjonalnie narastająca ilość niekorzystnych objawów ubocznych leczenia.

Krajobraz po bitwie

Częste stosowanie antybiotyków nieuchronnie prowadzi do ogromnych spustoszeń wśród mikroflory naszego organizmu. Najszybciej i najszerzej padają ofiarą zasiedlające nasz organizm bakterie prawidłowej mikroflory jelit. Ich miejsce zajmują grzyby drożdżakowate, głównie Candida albicans. Obecność antybiotyku wręcz stymuluje ich namnażanie się. Coraz obficiej pojawiają się też rozmaite bakterie jelitowe, które zwykle występują w niewielkich ilościach. Ich namnażanie się jest, bowiem kontrowane przez prawidłową mikroflorę jelit. Gdy zniszczymy prawidłową mikroflorę jelit te tzw. fakultatywnie chorobotwórcze mikroorganizmy zaczynają zasiedlać jelita i wspólnie z grzybami candida inicjują postępujące niszczenie środowiska, w którym żyją. Środowiskiem tym jest obszar naszego układu trawiennego. Stan ten nazywamy dysbiozą jelit.

Objawy kliniczne dysbiozy jelit pojawiają się różnie szybko i zależą prawdopodobnie od dominujących dysbiotycznych drobnoustrojów. Prawdopodobnie, ponieważ nauki medyczne nie poświęcają uwagi zjawisku dysbiozy i brak jest dobrej dokumentacji klinicznej tego zagadnienia. Tymczasem, ma ona, moim zdaniem, kluczowy wpływ na kondycję naszego organizmu. Dysbioza działa niekorzystnie na aktywność układu obronnego. Objawia się to większą skłonnością do infekcji wirusowych i grzybiczych. Jest, więc podstawowym powodem obserwowanego obecnie szeroko zjawiska zmniejszenia odporności na nawracające infekcje górnych dróg oddechowych. Ma też związek z wadliwym rozpoznawaniem i eliminacją zmienionych nowotworowo komórek naszego organizmu. Jest, więc przyczyną lawinowo narastającej liczby chorób nowotworowych.

Przedłużająca się dysbioza zawsze prowadzi do postępujących uszkodzeń powierzchni jelit. Wynika to z pasożytniczej aktywności grzybów i bakterii oraz ze zmniejszonej zdolności do regeneracji. Właściwa odnowa ściany jelit jest możliwa tylko w obecności prawidłowej mikroflory jelit. Konsekwencja tych zmian są stopniowo narastające zaburzenia trawienne, aż do objawów zespołu jelita drażliwego i morfologiczne, trwałe, widoczne w badaniach obrazowych uszkodzenia ścian jelit. Dysbioza ma kluczowe znaczenie w rozwoju takich schorzeń jak wrzodziejące zapalenie okrężnicy czy choroba Leśniewskiego – Crohna. Dysbioza stanowi też podłoże do rozwoju alergii. Leczenie alergii, niezależnie od jej postaci, to leczenie dysbiozy, o czym obszernie pisałam w artykule Dysbioza – matka chorób.

Najgorzej udokumentowany klinicznie jest wpływ toksyn wytwarzanych przez drobnoustroje dysbiotyczne na czynność naszego organizmu. Ze szczątkowo przeprowadzonych badań wynika, że istotne znaczenie mają toksyny grzybów Candida. Ich oddziaływanie obejmuje zarówno sferę czynnościową, jak i emocjonalną.

Cudowny lek czy niebezpieczna trucizna

Antybiotyki są najbardziej kontrowersyjną grupą leków. Mają swoich gorących zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników. Dotyczy to przede wszystkim pacjentów, choć obecnie coraz częściej także lekarzy. Obie opinie nie mają jednego uzasadnienia. Antybiotyki należą do podstawowych leków ratujących życie w stanach zakażeń bakteryjnych i nie można ich zastąpić żadną inną grupą leków. To właśnie zastosowanie antybiotyków stało się przełomem w leczeniu niemowląt, który spowodował obniżenie umieralności do rzędu wielkości poniżej 1 procenta. Nie wszyscy pamiętają, że przed erą antybiotyków około 20 - 10 procent zdrowych niemowląt umierało w 1 roku życia z powodu zakażeń bakteryjnych.

Bez antybiotyków większość procedur medycznych w oddziałach intensywnej opieki medycznej byłaby skazana na niepowodzenie. Także bezpieczeństwo zabiegów operacyjnych wielokrotnie wymaga zastosowania leczenia przeciwbakteryjnego. Antybiotyki można, więc śmiało nazwać cudownymi lekami, których nie da się niczym zastąpić.

Sceptycyzm w odniesieniu do zastosowania tych leków wynika wyłącznie z coraz częściej obserwowanego nieuzasadnionego ich stosowania. Antybiotykoterapii nie powinno się stosować w leczeniu infekcji wirusowych, do których należy, między innymi, większość zakażeń górnych dróg oddechowych. W ogóle porad ambulatoryjnych tzw. lekarzy pierwszego kontaktu zastosowanie antybiotyków powinno być ograniczone do minimum. To minimum obejmuje chorych, dla których antybiotykoterapia jest wskazana ze względu na potencjalne zagrożenie życia. Do tej grupy chorych należą niemowlęta i małe dzieci, ludzie starzy oraz chorzy leczeni immunosupresyjnie. W pozostałych przypadkach antybiotykoterapia prowadzona ambulatoryjnie najczęściej nie ma klinicznego i mikrobiologicznego uzasadnienia. Większość infekcji paragrypowych w okresie jesienno-zimowo-wiosennym to zakażenia samoograniczające się, czyli takie, które samoistnie ustępują nawet, jeśli nie zastosujemy leczenia w ogóle. Wynika stąd, że w okresie dojrzałości i sprawności immunologicznej organizmu, czyli miedzy 16 a 65 rokiem życia, wskazania do antybiotykoterapii są ograniczone do poważnych zakażeń najczęściej wymagających opieki szpitalnej. „Profilaktyczne” zastosowanie antybiotyku w leczeniu przewlekających się, bądź burzliwie przebiegających infekcji wirusowych nie ma sensu. Antybiotyki w żaden sposób nie łagodzą u tych pacjentów przebiegu takich infekcji, nie skracają też okresu ich trwania i nie wpływają na ograniczanie powikłań, na przykład oskrzelowych lub zatokowych. Wręcz przeciwnie, po leczeniu antybiotykiem łatwiej zapadamy na kolejną infekcję wirusową, ponieważ dochodzi do przejściowego obniżenia aktywności tej części układu obronnego naszego organizmu, która jest odpowiedzialna za obronę przed zakażeniami wirusowymi i grzybiczymi. Kolejne serie antybiotyków w tych przypadkach doprowadzą jedynie do rozwoju pełnoobjawowej dysbiozy.

Nieuzasadniona klinicznie powszechna antybiotykoterapia prowadzi też do dysbiozy środowiska biologicznego człowieka i w konsekwencji do lawinowego rozwoju lekooporności żyjących w nim drobnoustrojów. Tym bardziej, że antybiotyki stanowią również dodatek do pasz i są równie powszechnie stosowane w leczeniu zwierząt. Co więcej, można je znaleźć także w środkach ochrony roślin i w żywności, którą kupujemy. Pamiętajmy, że dodatek antybiotyków znacznie przedłuża trwałość sprzedawanych produktów. Niemałe znaczenie w rozprzestrzenianiu lekooporności mikroorganizmów ma również nadmierne stosowanie środków dezynfekujących i antyseptycznych, ponieważ niszczy naszej własną, naturalna mikroflory, która stanowiła pierwszą barierę organizmu człowieka przed drobnoustrojami potencjalnie chorobotwórczymi. Ponadto niszczymy też przy okazji przyjazną nam naturalna mikroflorę środowiska. Wszystko to prowadzi do coraz częściej obserwowanej wielolekooporności drobnoustrojów chorobotwórczych i potencjalnie chorobotwórczych.

Obserwowana eskalacja tego zjawiska teoretycznie może w przyszłości grozić pandemią, wobec której medycyna stanie się bezradna. Warto, więc już dziś bić na alarm. Organizacje medyczne same już apelują do lekarzy o rozważne stosowanie antybiotyków i wszelkich środków przeciwdrobnoustrojowych. Powinny one być przeznaczone wyłącznie do leczenia w przypadkach uzasadnionych monitoringiem lekooporności albo stanem klinicznym chorego.

Antybiotyki nie powinny być dodawane do żywności, pasz zwierząt i środków ochrony roślin. Pamiętajmy, że środowisko, w którym żyjemy i to, którym sami jesteśmy nie powinno i nigdy nie będzie pozbawione żyjących w nim mikroorganizmów. Co więcej, życie człowieka w świecie jałowym, czyli sterylnym, pozbawionym mikroorganizmów nie jest w dłuższej perspektywie w ogóle możliwe. To właśnie dzięki przyjaznym bakteriom, z którymi żyjemy w symbiozie możliwe jest prawidłowe funkcjonowanie naszego organizmu i jego niezwykła odporność na zachodzące w otaczającym środowisku zmiany.

Co w zamian?

Pytanie to jest w tej chwili niezwykle ważne. Na razie nie udało się stworzyć leku, który stosowanie antybiotyków mógłby zastąpić. W stanach zagrażających życiu zakażeń bakteryjnych nie ma alternatywy. Warto, więc postawić pytanie odwrotne, – kiedy nie należy stosować leków przeciwbakteryjnych? Pamiętając o tym, ze są to jedyne leki ratujące nas przed śmiercią w obliczu sepsy czy poważnego zakażenia bateryjnego do tych właśnie stanów powinnyśmy starać się ograniczyć ich podawanie. Wyjątek stanowią chorzy z fizjologicznie lub jatrogennie upośledzoną odpornością. Do tej grupy należą niemowlęta i małe dzieci, ludzie starzy oraz pacjenci poddani immunosupresji. W pozostałych przypadkach stosowanie antybiotyków najlepiej ograniczyć do minimum, a najlepiej nie aplikować ich w ogóle. Tym bardziej, że obecnie, najczęstszym wskazaniem do antybiotykoterapii w praktyce ambulatoryjnej są infekcje górnych dróg oddechowych pochodzenia wirusowego. Wbrew utartym opiniom leki przeciwbakteryjne nie maja większego wpływu na ich przebieg. Infekcje te maja charakter samoograniczający się, o czym pisałam wcześniej. Oznacza to, że po pewnym czasie ustępują samoistnie nawet bez jakiekolwiek leczenia. Co więcej zastosowanie antybiotyku w tych stanach może być obarczone wystąpieniem objawów ubocznych leczenia i spowodować szybki nawrót infekcji.

W zamian należy zastosować leki naturalne, które wydają mi się w tych przypadkach są niezastąpione. Ja osobiście zalecam moją mieszankę ziołową nr 1 ze względu na jej działanie przeciwzapalne i stymulujące produkcję naturalnego interferonu, przez zaatakowane tkanki naszego organizmu. Interferon jest bardzo ważnym, naturalnym skutecznym środkiem do walki z wirusem. Działanie przeciwzapalne ogranicza i łagodzi objawy zakażenia, a także przyspiesza regenerację uszkodzonych w wyniku infekcji tkanek. Leczenie takie zawsze należy wspomóc właściwym żywieniem, pamiętając o codziennej dużej porcji kaszy jaglanej i pożywnej domowej zupie. O niezwykłym oddziaływaniu prosa na organizm człowieka wiadomo od bardzo dawna. Na naszej stronie istnie już publikacja na ten temat. Wszystkich niedowiarków zachęcam do przeczytania jej.

W każdej infekcji wirusowej przebiegającej z podwyższoną ciepłotą ciała obserwujemy przejściową dysbiozę jelit. Warto, więc ziołoterapię uzupełnić o probiotyki. Na rynku mamy wiele rozmaitych preparatów zawierających probiotyki. Przy ich doborze można kierować się tabelą zamieszczoną w tekście artykułu „Dysbioza matka chorób”, który jest dostępny na naszej stronie internetowej. Probiotyki przyspieszają zdrowienie i, co najważniejsze, chronią nas przed kolejnym zakażeniem wirusowym.

Dodatkowo dobrze jest zastosować równolegle leczenie homeopatyczne, które na podstawie własnych obserwacji uważam za istotne uzupełnienie leczenia. Dobór odpowiedniego leku homeopatycznego wymaga wiedzy i doświadczenia, dlatego najlepiej zasięgnąć porady lekarza homeopaty. Leczenie homeopatyczne zalecam szczególnie u małych dzieci, gdzie zastosowanie innych metod naturalnego leczenia może powodować opór pacjenta. Pamiętajmy, że chore dziecko często traci apetyt i demonstruje niechęć do picia kompotów ziołowych.

 dr Bożena Ryczkowska
fot: sxc.hu

Czytelnia: